Błękit

Leżał na wznak i wsłuchiwał się w tętniącą dźwiękami ciszę. Cisza rozgościła się w nim, leżącym na skrawku szarego, spękanego asfaltu i nareszcie pochłonęła go, choć dźwięki wciąż rozbrzmiewały. Cisza pozwoliła mu doświadczać nieba, surowego, doskonale czystego błękitu. Sekundnik na ręcznym zegarku biegnącego poboczem mężczyzny odmierzył piętnaście sekund. Od dwudziestej do trzydziestej piątej czerwonej kropki na cyferblacie.

W ciągu piętnastu sekund narodził się, przebył czterdzieści siedem lat, a każdy rok skompresowany lawiną wydarzeń, w formie eksplodujących obrazów, zapierających oddech wrażeń, ułożył się wreszcie w linię życia.

Kiedy strzałka okrążająca tarczę zegarka na ręku biegnącego skrajem szosy mężczyzny dotknęła trzydziestej piątej czerwonej kropki, przestał być biologiczną formą życia. Wielokrotnie myślał o tym zanim dotarł do tego miejsca, do przestrzeni dawno ułożonego asfaltu, pomiędzy siedemnastym i osiemnastym słupkiem wbitym w pobocze, które odmierzały kilometry. Jak to z nim będzie? Czy świat pogrąży się w chaosie, gdy jego serce zacznie zwalniać bieg?

Widział przez swoje przezroczyste ciało sunące drogą samochody. Kierowcy zwalniali, by przyjrzeć się katastrofie. Przez zamknięte oczy dostrzegł zbliżający się ambulans. Był daleko, siedem kilometrów od tego miejsca pomiędzy siedemnastym i osiemnastym słupkiem wbitym w pobocze. Jako człowiek martwy nie musiał odwracać głowy, żeby zobaczyć Ewę. Mógł posługiwać się zoomem przygasającej świadomości, zbliżył więc obraz jej ciała przewieszonego przez ramę roztrzaskanej szyby samochodu i różową galaretę mózgu, który wypłynął na sfalowaną od uderzenia maskę.

- Przepraszam - powiedział.

- To nic. Już wszystko dobrze - usłyszał jej głos. Cichy, jak zwykle spokojny. - Jestem z tobą.

Mężczyzna z zegarkiem, na którym śmierć utrwaliła się kolejnymi cyknięciami mechanizmu dobiegł nareszcie do celu. Pochylił się, oddychał ciężko. Powiedział "Jezus Maria", pod wpływem słabości odwrócił wzrok i zaczął nerwowo naciskać miniaturowe klawisze na aparacie telefonu komórkowego.

- Rozdzielą nas - powiedziała Ewa. Spojrzał na jej jasne, prześwietlone błękitem włosy. Niebo zabarwiło krew na niebiesko. - Obiecaj, że mnie odnajdziesz.

- Obiecuję - zapewnił ją. - Tak mi przykro.

Uśmiechnęła się delikatnie, dodając mu pewności.

- Już nic, nic. Tak jest dobrze.

Widział przez grubą czarną folię, którą ktoś zakrył mu twarz, że ambulans stoi na poboczu. Zauważył kałuże błękitu na szarej powierzchni asfaltu, jego rozbryzgi na kierownicy samochodu, która pękła na pół i wbiła się w pierś Ewy. Nadjechały samochody policji, a grupa wieśniaków przybiegła z pola, żeby patrzeć.

Tak właśnie miało to wyglądać. Wyostrzony obraz, scena po scenie i klatka po klatce. Wciąż jednak dziwił się, że choć jego serce nie bije, jest żywą myślą i potrafi dostrzec każdy szczegół, zarejestrować każdą sekundę.

- Powinnam teraz powiedzieć coś sentymentalnego - usłyszał głos Ewy. - Trzeba, żebym wyznała, jak dobrze było nam z sobą. Coś co pozwoliłoby uczynić drogę łatwiejszą, ocieploną naszymi wspomnieniami.

Wspominałem przez całe życie - pomyślał. - Czekałem aż skończy się każdy dzień, żeby móc go wspominać, ze wszystkich stron przyglądać się scenom i gestom, tworzyć ze wspomnień zapisy nutowe, muzykę.

Pisk opon hamującego ambulansu, trzaśnięcie drzwiami. Zamknięty w blaszanym pudle, owinięty czarną folią worka, który sanitariusz zamknął na błyskawiczny zamek, płynął nad szosą, przemieszczał się w powietrzu bez podmuchu, a ciepły wiatr był jedynie przeczuciem jego powiewu.

Miasto, jak wyrzucona na brzeg wielka ryba, usypiało powoli. Pod pasiastym dachem leśnego teatru zgasły kolorowe światła i ostatni widzowie, szurając butami po żwirze wysuwali się spomiędzy rzędów. Mijał ulice leżące w dole ciemną siatką korytarzy, ocierając się o klosze gazowych latarni, nurkował pod baldachimy rozłożystych drzew schodzących szpalerem aż do garbów wydm. Zatrzymał się na chwilę nad czerwonymi dachami kuracyjnych domów i wciągnął zapach plaży zmęczonej upałem. Granatowe morze leniwie lizało piasek. "Czy mógłbym kiedyś wrócić tu jeszcze raz"? - zapytał, ale nie było nikogo, kto byłby zdolny odpowiedzieć, więc zmieszał się z ciemnością, która nadpływała nad zatokę i minął łuk świateł leżący na wodzie graniczną linią rozdzielającą przeszłość i niepewność.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Śmierć po południu
Następna strona: Recenzje i omówienia

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl