Bolero

Wiersz. Ostatni wiersz dla ciebie. Na białych kartach z eleganckiej papeterii kończę kaligrafować końcowe wersy. List jest krótki, naładowany zapewnieniami. Trzymałem się na wodzy, żeby się nie mazgaić. Szósty dzień bez ciebie. Pojechałem, wróciłem. Przeleciało jak sznur oświetlonych okien ekspresu do Warszawy. Spotkania na obsypanych liśćmi ławkach, szybkie pocałunki w autobusie i długie, niekończące się, aż do zawrotu głowy.

Dlaczego jesteś tak daleko? Dlaczego tam, a nie tu, ze mną?

Troskliwie chowam wszystkie bilety kolejowe, skasowane bilety na tramwaj, bilety do kina i do teatru. Wszystko co jest okruchem ciebie. Dwa dni jak w gorączce. Twoje włosy, oczy, usta. Są w wierszach.

Listopad wdarł się do Sopotu sztormem, zawieruchą liści, smagnięciami wiatru. Nienawidzę tego miasta, bo nie możemy być tu razem. Ranię je, kaleczę w nieporadnych strofach. Z Fiszera skręcam w Szopena, przecinam Kościuszki, kupuję peronówkę u zaspanej kasjerki.

- O której pośpieszny do Krakowa?

- Na rozkładzie jest napisane. Tu nie informacja.

Ty stara małpo! Nie wiesz co ja czuję. Już nigdy nie przeżyjesz tego co ja. Wybaczam ci wspaniałomyślnie. Gdybyś wiedziała jaki jestem bogaty... Co to znaczy kochać, szaleć, być sparaliżowanym ze szczęścia. I tęsknić. Do bólu wielkiego jak cały świat.

„Nie mogę bez ciebie żyć. Przysięgnij, że to już na całe życie. Zawsze będziesz ze mną”

Przysięgasz w listach. Wysypują się ze skrzynki, wyrywam je listonoszowi z ręki, czatuję przed schodami, nasłuchuję jego kroków i chrapliwego kaszlu.

- To dziewczyna? – pyta grzebiąc w torbie. – Musi być miłość jak tyle pisze.

Po dwa schody wbiegam na peron, potem pędem do wagonu pocztowego. Walę pięścią w drzwi.

- Czego?

- List... Pilny. Bardzo mi zależy, więc gdyby można było prosić. Musi jutro być w Krakowie...

Poczciarz bierze niechętnie. Dorzucam parę drobnych monet, wszystko co mam.

- Dojdzie? Bardzo pana proszę.

- Dobra już, odsuń się człowieku, bo paczki muszę przyjąć.

Wbiegam na tory za drugim wyjściem z peronu, wzdłuż płotu biegnę na most nad Podjazdem. Czerwone światła ostatniego wagonu migają zza welonu mżawki. Klękam na śliskich podkładach, przyciskam policzek do szyny. Jesteś gdzieś na końcu tej stali, na końcu linii połamanej rozjazdami, zakrętami, poznaczonej dziesiątkami stacji i przystanków bez nazw.

W barze „Sternik” nie chcą mi sprzedać wódki.

- Od osiemnastu lat, gówniarzu! Pokaż dowód.

W Pawilonie na końcu monciaka kupuję leliwę. Idę w krzaki na wydmy za Grandem. Zimny bełt zalatuje korkiem i siarką. Piję długimi łykami, bez odrywania ust. Do trzech czwartych, do pierwszego skurczu żołądka. Jest piąta, a w domu mam być o ósmej. Do tego czasu odparuję.

Listopad mięknie, deszcz przyjemnie chłodzi twarz. Myślę o tobie, w ciemności odtwarzam pantomimę gestów, słowa, uśmiechy. Byliśmy blisko, czułem twoje piersi pod swetrem, dotykałem ich. Wtedy właśnie to mogło się wydarzyć, to co zapisane było w narastającym preludium, w uderzeniach tętna, w oddechach, w twoim cichym westchnieniu przyzwolenia. Ale nic z tego. Nie miałem forsy na hotel, nocowałem w wynajętej klitce u jakiejś grubej baby. Wziął mnie tam z łapanki pod dworcem kulawy dziadek. Było tanio, pachniało mydlinami i wilgotnymi piernatami. Nie mogłem cię tam przeszmuglować. Jakże mógłbym cię ułożyć na materacu z jęczącymi sprężynami, i tam... Nie, niemożliwe!

Teatr wyobraźni na wydmach, sześćset kilometrów od ciebie. Hotel na morzu. Ciepły krąg pod abażurem lampy. Twoje włosy rozsypane na poduszce. Ciemność, o którą poprosiłaś szeptem. Niewyraźna plama nagości w wąskiej, zielonkawej smudze światła od skali radia z magicznym okiem.

„Nie widziałam cię już od miesiąca. I nic. Jestem trochę bledsza, bardziej śpiąca, trochę bardziej milcząca. Lecz widać można żyć bez powietrza”.

Idę napisać następny list do ciebie. Przed zaśnięciem, na dobranoc. Jeszcze dwa albo trzy razy spotkamy się w Krakowie. Ale kochać będziemy się w słowach, w zdaniach i w wierszach. Nic podobnego już nigdy się nie powtórzy. Pierwszy raz jest pierwszy i ostatni. Pewnie już dawno wyrzuciłaś moje listy, a tamten listopad rozpłynął się w deszczu. Listopad, jedyny miesiąc i jedyny raz, kiedy nienawidziłem Sopotu. Bez ciebie.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Cienie
Następna strona: Jesień

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl