Cienie

Ulica była w tamtych latach wybrukowana kocimi łbami i stukot końskich kopyt niósł się wąskim korytarzem pomiędzy starymi kamienicami. Zawsze w piątek, a czasem częściej, podjeżdżała pod dom chłopska furmanka i z kozła niezdarnie zeskakiwała zawinięta w chustę postać. Dom ożywał wówczas, trzaskały drzwi, z ust do ust podawano sobie wiadomość o dostawie świeżych jajek, masła i wiejskiej śmietany. Wszystkie te rarytasy w menu mieszczuchów można było zamówić u rodziny mieszkającej chyba gdzieś pod Wejherowem. Pamiętam ogorzałą twarz kobiety, która chodziła po piętrach z wielkim, wyłożonym słomą, wiklinowym koszem. Rozdzielała produkty według zamówień, targowała się o groszowe końcówki.

Nie byłem ciekaw targów, frapował mnie koń zaprzężony do wozu – ciężki, roboczy, o grubych pęcinach, z zawieszonym na szyi workiem i landarami z obu stron łba. Zimą czepialiśmy się furmanki jadąc na butach po oblodzonym bruku, a wąsaty chłop w kożuchu z rosochatym kołnierzem odwracał się raz po raz i ciął nas po rękach batem.

Na ulicy zachował się bruk, choć to już nie kocie łby. Kiedyś ulicę zamknięto, zerwano nawierzchnię. Pod cienką warstwą czarnej ziemi był wilgotny, morski piasek, w nim trafiały się okruchy bursztynu. Ale pewnego dnia my, dzieciaki z podwórka, urządziliśmy wykopaliska pod kamienicą.

To było późne i gorące, trochę senne lato 1963 roku. Przed domem pysznił się wspaniały klomb, duma sąsiadki, wielbicielki kwiatów. Właśnie tamtego lata, pod koniec sierpnia, kamieniczna kwiaciarka zmieniała ziemię i kwiaty na klombie. Nie pamiętam już, kto rzucił pomysł, żeby kopać w tym miejscu, ale zaczęliśmy z samego rana, zaraz po śniadaniu. Do południa wkopaliśmy się na półtora metra i zmieszana z białym piaskiem ziemia odkryła swe tajemnice.

Najpierw było dużo kolorowych szkiełek przypominających oczka pierścionków, potem wojskowy pas z ciężką, zardzewiałą klamrą i napisem Gott mit uns. Wreszcie walizy – zbutwiałe, rozsypujące się pod dotknięciem palców, i kufry z metalowymi okuciami. W nich wilgotne, zetlałe ubrania, jakieś trudne do rozpoznania części garderoby. Trafiliśmy na coś jeszcze. Cyzelowany medalion w ażurowej oprawie, chyba bez większej wartości, ze szklaną osłoną, za którą była fotografia starego człowieka z gęstymi wąsami. Głębiej leżała dziecięca zabawka, model niemieckiego bombowca z czasów pierwszej wojny, jeszcze głębiej zmurszałe puzdro z pokrytymi śniedzią sztućcami.

To była przecież tylko zabawa w odkopywanie skarbów, zabawa w archeologię. Na pewno można sprawdzić, kto dawniej mieszkał w tej kamienicy. Ponad pół wieku temu, z górą sześćdziesiąt lat... Ten ktoś, może jedna rodzina, albo kilka, zakopał przed domem rzeczy, które wydawały się najcenniejsze. W nadziei, że może kiedyś tu wróci. Stary dom do dziś przechowuje zapewne tę tajemnicę. Pamiętałem o niej, kiedy cieśle zrywali podłogę w czasie jedynego jaki pamiętam kapitalnego remontu. Podłoga leżała na drewnianych legarach, pod deskami była warstwa tłucznia, ale nic więcej nie znalazłem.

Można było jeszcze kopać w piwnicy, w miejscu, gdzie cement popękał. Bałem się sam chodzić do piwnicy. Pachniała stęchlizną i jedna słaba żarówka nie oświetlała jej dostatecznie. Piwnica budziła dziwny, atawistyczny lęk. Miała aż trzy wejścia – od klatki schodowej, od tyłu domu i od strony ślepego podwórka. Tylko w trakcie szalonych zabaw, gonitw i pościgów, nie bałem się mroku piwnicy. Jesienią, uginając się pod ciężarem wielkich koszy plecionych z wikliny, wnosili do niej węgiel wozacy.

Na zimę w cieple z kaflowych pieców trzeba było dwie tony węgla. Punkt zamówień mieścił się przy ulicy Podjazd, często chodziłem tam z kimś z rodziny, żeby zająć miejsce w kolejce. Trzeba ją było zajmować już wiosną lub latem i pieczołowicie chronić kwit, który był dowodem zakupu. W punkcie opałowym prawie zawsze kłócono się o gatunek węgla. Były jakieś kategorie, asortymenty, ale i tak jesienią okazywało się, że tego najodpowiedniejszego zabrakło.

Mam jeszcze jedno sopockie wspomnienie związane z węglem. W styczniu 1982 roku, kiedy mieszkałem już w innej części miasta, węgla zabrakło. W punkcie opałowym odmówiono mi dostawy. Trzeba było odbyć upokarzającą rozmowę z jakimś wojskowym durniem, komisarzem ustanowionym na czas stanu wojennego, i on łaskawie wydał zezwolenie na dodatkowy przydział. O transporcie nie było mowy, wiozłem więc ten opał od punktu do domu na sankach. Wiele kursów, dużo worków. To jasne, że lepiej zapamiętałem tamtą zimę. I węgiel, i papierosy wydzielane po dwie, trzy paczki, i trzydzieści deko żółtego sera potwierdzone sklepową pieczęcią w książeczce zdrowia mojej kilkumiesięcznej córki.

Sopot. Miasto inne, pełne cieni przeszłości, wyjątkowe, skrojone na miarę chłopięcych marzeń. Są ze mną, choć blakną, zacierają się ich kontury, jak na źle utrwalonej fotografii. Każdy okruch podniesiony z dna pamięci ma wagę skarbu. Po latach nie ma jedynie błękitnych wspomnień. Są te, które chciałbym uratować.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Pod sztandarem Południa
Następna strona: Bolero

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl