Czarny płaszcz Moniki

Bałem się Moniki. Nigdy się nie odzywała. Przychodziła milcząc, przysiadała na brzegu krzesła o sfalowanym od mydlin oparciu. Przyjmowała talerz zupy i nie zdejmując z głowy chustki zaczynała jeść. W milczeniu odstawiała talerz, nie dziękując wychodziła.

Monika nosiła czarny długi płaszcz do kostek, miała czarne oczy, pod nimi sińce. W oczach Moniki czaił się obłęd. Mieszkała naprzeciwko pierwszej kamienicy przy ulicy Fiszera. Dom był stary, z drewnianymi schodami biegnącymi na zewnątrz pod stromym okapem krytym papą. W ciemnej sieni woda miarowo skapywała do wielkiego zlewu. Szaleństwo Moniki unosiło się w sieni, zmieszane z wonią prażonego słońcem drewna. Nocą wyciekało szparą pod drzwiami - skłębione dzikim wyciem, strugą przeciągłych jęków i westchnień.

Miała chyba siedemdziesiąt lat, więcej niż maszyna do szycia marki „Adler”, którą moja babcia przywiozła z emigracyjnej tułaczki po Zagłębiu Rhury. W ślubnym wianie babci była też dębowa umywalnia z marmurowym blatem i ciężką, porcelanową misą. Czasem Monika myła się w misce, byle jak rozmazując na twarzy brud.

- Monika jest chora - mówiła sąsiadka, pani Lola, którą los dokwaterował do wspólnego mieszkania w drugiej połowie pięćdziesiątych lat. Z rodziną przyjechała do kraju z Jekaterynburga. - Nie można drażnić Moniki - z naciskiem powtarzała pani Lola. - Ona i tak niedługo umrze.

Nie wiem co się stało z czarnym płaszczem Moniki, kiedy umarła. Odeszła, ale jej szaleństwo wciąż trwało w sieni ze zlewem. Obłęd tęsknił za Moniką, za ciałem, którym tak długo się karmił. Pewnej nocy pod maszyną do szycia „Adler” zobaczyłem twarz Moniki, jej oczy. Serce uciekło gdzieś z piersi. W mieszkaniu nikogo nie było - tylko ja i twarz Moniki tuż nad świeżo zapastowaną podłogą. Wyobraziłem sobie, że właśnie tak będzie wyglądała śmierć, kiedy i po mnie przyjdzie. Z twarzą Moniki oddzieloną od jej wychudzonego ciała. Ten sam nastrój, klimat jesiennego popołudnia w mrocznym pokoju, dwa ciemne punkciki źrenic krzyczących niemo.

Płaszcz Moniki zalatywał naftaliną. Nie znałem przeznaczenia tej woni. Kulki naftaliny leżące w kieszeniach jej płaszcza dodawały strachu do moich porażonych paniką myśli. Monika od dawna już leżała w grobie, pochowana na koszt miasta, a ja wciąż nasłuchiwałem, czy nie zaskrzypią schody pod jej stopami. Nosiła stare, zniszczone półkozaki sznurowane wysoko. Czarne jak Monika, jak wszystko co było nią i jej obłędem.

Z wysokości balkonu na drugim piętrze obserwowałem okno Moniki. Nigdy nie zasłonięte firankami, z mgłą kurzu na szybach, resztką starej farby na futrynach. Ale ona nigdy nie podchodziła do okna, nigdy też nie zapalała światła.

Był czas, że przychodziła często na miskę zupy. Pani Lola dzieliła się z nią zawartością garnka, Monika obdarzała nas swoim milczeniem. Niezmienność trwania Moniki, dziwny wybryk jej życia, był znakiem na ścieżce mojego sopockiego dzieciństwa. Przetrwała w pamięci. Jak jeszcze jeden znak.

Na rogu Książąt Pomorskich i Grunwaldzkiej stał parterowy rybacki dom. Chylił się ze starości. Za szybą jednego z okien, niby twarz z ikony, przez całe lata trwała twarz starca o siwych włosach i długich, niebywale gęstych wąsach. Zawsze tam był, przykuty do okna, posępny i nieruchomy. Ktoś jeszcze musi to pamiętać. Słyszałem, że miał sto lat. Na szlaku wagarowiczów do plaży, miedzy suszące się w słońcu rybackie sieci, twarz starca była niezmiennym kawałkiem pejzażu tamtych lat. Bywało, wykrzywialiśmy się do tej twarzy, stukaliśmy w szybę, chcąc ją przestraszyć, ale nigdy nie zareagowała choćby zmrużeniem oka.

Przestałem chodzić tą ulicą, gdy minął czas powszechniaka. Po latach znowu znalazłem się w tym miejscu. Okno było puste, szyba starannie umyta i świeżo, na biało pomalowane framugi. Może w tamtej chwili, nie zarejestrowanej w pamięci, moje miasto odpłynęło, a lustro wspomnień zaczął pokrywać kurz. Coraz dalej, wciąż dalej. Inaczej. Bez powrotu.

Słodki zapach dymu i wina zza drzwi otwartych do późnego wieczora kawiarenek, gwar rozmów, muzyka z gramofonowych płyt. Letnie dziewczyny w rozkloszowanych sukienkach. Śliskie od lodu deski dolnych pokładów mola, ostry smak ukradzionego matce papierosa. Monika, twarz w ramach okna, strach przed śmiercią z jej twarzą pod maszyną do szycia „Adler”. W moim mieście są jeszcze takie miejsca, ostatnie przystanki starych autobusów, gdzie - jeśli wsłuchać się dobrze w wieczorną ciszę - powracają dźwięki wiecznie zielonych szlagierów. Trzeba tylko bardzo się skupić, odnaleźć je pośród fałszywych nut, w potoku dni pędzących jeden za drugim. Na moment, choćby na ułamek sekundy zatrzymać się w pędzie, odwrócić, złowić przynajmniej jedną chwilę. Postać z nią trochę, bez obawy zważyć ją w pamięci, bez lęku przed łzawą melancholią. Ma smak landrynkowej oranżady, zapach lata, jest rozkoszą żucia przywiezionej przez marynarza amerykańskiej gumy, bije mocno, jak serce przed pierwszym pocałunkiem.

Czarny płaszcz Moniki jeszcze nie wysechł po deszczu.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Jutro sezon
Następna strona: Hanka

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl