Hanka

Pamiętam ten obrzydliwy smak, mdlący zapach, ścisk w gardle i myśl, że zaraz zaczną się torsje. Przedszkole miało numer jeden. Piękne, jasne i przestronne sale w starej, ogromnej willi tuż na morzem, obok spacerowej alejki biegnącej od mola do Jelitkowa. Raz dziennie stawaliśmy karnie w długim ogonku przed stolikiem z butlami z ciemnego szkła. Obok stos łyżek, blaszana miska z pokrojonym w kostkę chlebem. Egzekucja. Oleista, cuchnąca rybą żółta ciecz upiornie powoli ściekała na łyżkę. Oczy zaciśnięte do łez. Boże! Przełknąć jak najszybciej, przegryźć chlebem, opanować skurcze przełyku.

Nie wszyscy wytrzymywali, zdarzały się gorszące sceny, odgłosy zwracania.

- Tran jest dla waszego zdrowia - mówiła gruba dyrektorka o pełnych, wyzywająco uszminkowanych wargach. - Żebyście rośli i nie byli krzywi.

Ohyda! Koszmar! Coś porównywalnego tylko z kubkiem ciepłego mleka i pomarszczonym kożuchem pływającym po wierzchu.

Z roku spędzonego w nadmorskim przedszkolu zapamiętałem tylko dwie rzeczy - obie przykre. Przymusowy tran wlewany każdego dnia do przymusowo otwartych gardeł i przymusowe dwie godziny popołudniowej drzemki, czyli zamach na wolność osobistą. Leżakowanie.

- Zamknij oczy, Gardecki! Widzę, że patrzysz. Jeszcze raz otworzysz, to dostaniesz po łbie! - grzmiący echem głos wychowawczyni - dozorczyni. Skradała się na palcach omijając wyspy trzeszczącego parkietu. Od tyłu dopadała szepczących, próbujących wyłamać się z więziennej dyscypliny. Końcem klucza zaciśniętym w dłoni boleśnie uderzała w głowę. Nie za mocno, ale i nie lekko. Guza po takim ciosie nie było, choć pozostawał trwający kilka minut, punktowy ból.

Powietrze napływające przez uchylone okna pachniało wiosną - ciepłe, o smaku morza. Słyszałem miarowy szum fal. Leżałem nieruchomo, zbratany w niedoli z dwudziestką otulonych kocami ciał. W dwóch równych szeregach na poskrzypujących łóżkach polowych. Męka trwania, bezsensownego braku aktywności. Nikt nie spał, każdy liczył wlokące się sekundy, minuty płynące powoli, kapiące jak znienawidzony tran. Czasem z plaży dobiegały krzyki dzieciarni, wrzask mew nieustannie krążących nad rybackimi łodziami.

Czołgam się pod nisko zawieszonym brezentem, parkiet skrzypi ostrzegawczo. Starej nie ma, poszła plotkować z młodymi przedszkolankami. Jeszcze metr i drzwi. Na czubkach palców przemykam wzdłuż balustrady schodów, na czworakach idę korytarzem. Mosiężna klamka, drzwi ciężkie, więc napieram całym ciałem. Za mną Hanka. Ciągle się odwracam i widzę jej czarne, przepełnione strachem oczy.

Wreszcie wolność. Dopadamy skłębionych krzewów na tyłach willi. Płot z siatki pokonuję jednym rzutem ciała. Holuję Hankę. W piżamach mkniemy przez plażę, włosy Hanki rozwiewa wiatr. Boso, w bryzgach wody wbiegamy do morza. Zimno, stopy drętwieją. Przed niskim wałem wydm suszą się rybackie sieci. Idziemy tam powoli, Hanka trzyma mnie za rękę.

- Będzie draka - mówi ze strachem. - Chodź, wracamy.

Stoimy potem przez dwie godziny w przeciwległych kątach sali. Dłonie pieką po uderzeniach drewnianym liniałem. Łzy już obeschły. Hanka kiwa się monotonnie w przód i do tyłu. Bolą ją nogi. Po południu przyjdzie po nią ojciec. Mnie matka wybaczy, ale ją będą w domu lać pasem.

Purpurowa z wściekłości twarz dyrektorki.

- Czy pani sobie to wyobraża? Niedopuszczalny wybryk. Uciekli z leżakowania... Trudne dziecko... Trzeba do psychologa, może nawet do psychiatry.

Pozory wolności mają gorzki smak łez. W niedzielę za karę nie pójdę na poranek do kina „Bałtyk”. Następnego dnia znowu będzie tran, leżakowanie, nuda. Twarz Hanki opuchnięta od płaczu. Usiądzie na brzeżku krzesła, syknie z bólu.

- Namówiłeś mnie - powie z wyrzutem. - Świnia!

Uciekniemy jeszcze dwa razy. Potem wyrzucą nas z tego przedszkola, które nie wiadomo dlaczego uchodziło za dobre, elitarne. Z Hanką spotkam się w podstawówce, ostatni raz zobaczę ją wiele lat później. Piękna, obłędnie zgrabna, opalona. Długi warkocz czarnych jak skrzydło kruka włosów. Budząca onieśmielenie swoją urodą. Miałbym podejść? Nie. W obszarpanych dżinsach i kurtce z przybrudzonego płótna żaglowego? W trampkach? I co mógłbym jej powiedzieć? „To ja. No wiesz, ten z którym uciekałaś z przedszkola. Chodź do kina albo na lody”.

W rybackiej łodzi na skraju dnia siadaliśmy z Hanką w taki sposób, żeby znad krawędzi burty widzieć tylko morze.

- Patrz, płyniemy - mówiłem.

- Płyniemy - odpowiadała Hanka.

Płynęliśmy. Na wodzie siadały mewy. Rybacy zbierali się do nocnego połowu. Ona tego na pewno nie pamięta. Miała pięć lat, ja sześć. Jeszcze `trochę i oboje nic nie będziemy pamiętać. Tylko tran. Tak, tran na pewno.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Czarny płaszcz Moniki
Następna strona: Z innej bajki

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl