Jesień

Fot. Za zgodą Oficyny Pomorskiej w Gdańsku.
Na zdjęciu: obecna ulica Bohaterów Monte Cassino (lata 30.)

Ulice na szlaku codziennych wędrówek do szkoły obrastały stare drzewa kasztanowe. Początek roku szkolnego, pierwszy dzwonek, lśniący ciemnym granatem fartuch z obowiązkowym, starannie wykrochmalonym białym kołnierzykiem. I kasztany. Tornister z obitej wytłaczaną dermą tektury rzucony pod płotem. W rękach grube kije, połówki cegieł, kamienie. Szelest ułożonych piętrowo, palczastych liści, podmuch, kolczaste kule toczące się pod nogi, pękające przy zderzeniu z brukiem, wypluwające brązowe owoce.

Moja sąsiadka, stara, przygarbiona kobieta mieszkająca za drzwiami opatrzonymi mosiężnymi klamkami, zbierała kasztany do lnianych woreczków i kładąc się spać wsuwała je pod materac.

- Kasztany wyciągają reumatyzm – powtarzała z przekonaniem. Strącałem je dla niej na sopockich ulicach, w nadmorskim parku – po lekcjach, w cieple przygasającego jesiennie słońca września. Miasto odpoczywało po sezonowym zgiełku, letnicy wyjechali, przetoczył się kolorowy tłum. Na plaży w Jelitkowie, rozpięte na świszczących linkach rybackich łodzi, powiewały barwne chorągiewki. Coraz częściej w nocy budził mnie szum morza, huk sztormowych fal roztrzaskujących się o brzeg.

17 października. Słoneczne popołudnie. Pierwsza klasa powszechniaka i drugi rok istnienia nowej szkoły, której nadano imię Fryderyka Chopina, oznaczając numerem dziesiątym. Na stole otwarty zeszyt ćwiczeń do polskiego. Pisałem stalówką w drewnianej obsadce, maczając pióro w kałamarzu z niebieskim atramentem. W szkolnych ławkach kałamarze były plastikowe. Snobi naciągali rodziców na luksusowy atrament „Pelikan” i pierwsze wieczne pióra z tłoczkiem, którym atrament czerpało się tak samo, jak lekarstwo strzykawką. Marzyłem o wiecznym piórze ze złotą stalówką i matka zdecydowała się sprawić mi takie.

Dom towarowy, który do dziś stoi przy sopockim deptaku, wówczas nie miał żadnej nazwy. Mówiono po prostu – pedet. Znacznie później ten zwalisty gmach ochrzczono dumnie „Bryzą”. Deptak był zwykłą ulicą o jezdni wybrukowanej kocimi łbami – ulicą Bohaterów Monte Cassino.

Na parterze – tam gdzie później mieścił się dział butów – było stoisko z artykułami papierniczymi. Zostawiłem matkę w tłumie kupujących i wyszedłem na ulicę. Trafił się Tadek Bona, kolega z klasy.

- Berek! – krzyknął i klepnął mnie w plecy otwartą dłonią. Pobiegł lawirując między przechodniami. Pamiętam, że przez chwilę goniłem go, byłem blisko. Zapamiętałem, że przed pedetem stała duża platforma do rozwożenia opału, drewniany wóz z czarnym od węglowego pyłu, ciężkim koniem roboczym. Tadek skręcił na jezdnię przed wozem. Biegnąc spojrzałem w prawo, czy nie nadjeżdża samochód, po lewej stała platforma zasłaniając widoczność.

Nie było bólu, tylko przeraźliwy wizg gumy trącej o bruk, szczęk hamulców. Płynąłem w powietrzu, jak gdyby unoszony na siedzeniu wielkiej łańcuchowej karuzeli. Potem uderzenie głową o krawężnik. Zdziwienie, dlaczego nie mam butów na nogach. Dlaczego tylu ludzi tłoczy się wokół? Samochód. To była najmodniejsza wówczas marka, garbata „warszawa” – taksówka z paskiem w szachownicę na boku i dużym napisem WOLNY za osłoną przeciwsłoneczną przedniej szyby. Wyjechała z postoju za rogiem, z ulicy Królowej Jadwigi. Nie nabrała jeszcze rozpędu, ale uderzenie w brzuch było silne. Słyszałem gwar rozmów, oderwane słowa komentarzy i wkrótce krzyk matki, która nie mogła się przedrzeć przez gęsty tłum gapiów. Ktoś pochylał się nade mną, potem, w innym samochodzie, trzymałem głowę na kolanach nieznajomej kobiety. Na kilka sekund traciłem świadomość i znów ją odzyskiwałem. Wreszcie rosnący dźwięk, jękliwe, przeciągłe wycie sygnału karetki pogotowia.

Moje buty przyniósł do domu milicjant. W trzeciej godzinie operacji chirurdzy wciąż nie byli pewni, czy wyjdę z tego cało. Byłem pogruchotany, połamany i nic o tym nie wiedziałem. Ruch, dużo światła, przesuwające się ściany, krople eteru spadające na tampon z gazy. Było ciekawie i interesująco, dużo wrażeń, kolorów, głosów.

Gdybym wiedział, co to jest lęk przed śmiercią. Ale skąd miałem wiedzieć? Śmierć była pewnie równie fascynująca jak jesień, strącanie kasztanów, sztormy przewalające białe grzywacze przez ostrogę mola. Jak pierwsza miłość siedmiolatka do dziewczynki o kasztanowych, kędzierzawych włosach. Bicie serca, kiedy w kieszonkowym kalendarzyku wpisywałem kulfonami „Kocham cię Iza” i niżej „Usta dziewczyny słodkie są”.

A więc była blisko i już trzymała mnie za rękę. Dokąd mogliśmy pójść? Jeszcze raz przez miasto usypiające jesiennie, szlakiem sekretnych przejść podwórkami, labiryntami ścieżek w starych sadach. Wszędzie tam, gdzie zostawiłem odrobinę siebie, choć przecież nie pozostał choćby mały ślad. Ale nie poszliśmy na ten ostatni spacer.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Bolero
Następna strona: Szpitter i szklana noc

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl