Jutro sezon

Fot. Za zgodą Oficyny Pomorskiej w Gdańsku.
Na zdjęciu: obecna Aleja Niepodległości (lata 30)

Wiosną Sopot sposobił się do sezonowego szaleństwa. Sezon. Magiczne słowo, zapowiedź atrakcji i niespodzianek. Na sezon czekałem jak na pierwszą gwiazdkę o wigilijnym zmierzchu. Nie było wówczas jeszcze szerokiej promenady, tej pulsującej aorty miasta, która od torów kolejowych zbiegała w dół aż do brzegu morza. Ulica Bohaterów Monte Cassino była zwykłą, wybrukowaną kostką ulicą z wąskimi chodnikami po obu stronach jezdni. Wiosną w wielu sklepach, które ulicę oblepiały uwijali się malarze w pochlapanych farbą kombinezonach. Bielono ściany, zakładano nowe lady, odnowione stoiska pachniały świeżym drewnem sosnowych półek. Ulica była jak wielki, gruby album zapachów. Wchodząc do sklepów odwracałem karty tej księgi; trzeba było powoli sycić się zapachami, wciągać powietrze delikatnie, z kiperską rozwagą i namaszczeniem.

Gallux, sklep odzieżowy z luksusowymi ubiorami pachniał metropolitarnie. Tu nikt nie spieszył się wybierając towary, wykładano je na lady w wielkiej rozmaitości – męskie koszule przedniej jakości, jedwabne krawaty, rękawiczki z miękkiej skóry, bukiety barwnych apaszek, damską bieliznę z asortymentem dodatków o tajemniczym przeznaczeniu.

Inaczej w wielkim domu towarowym, w pedecie nawiedzanym przez gminnych, szarych urzędników z wytartymi teczkami, piersiaste baby, które stękając gramoliły się wprost z chłopskich furmanek, by potem we wnętrzu tego prawie kolonialnego magazynu toczyć swarliwe dysputy nad belami materiałów, nad kłębami firan, przepychać się w tłumie macającym, gładzącym i poklepującym, w ciżbie wielogłowej, kolorową lawą rozpełzłej po zakamarkach sezamu.

Najmocniej i najbardziej kusząco pachniał sklep delikatesowy, urządzony niby świątynia, podniebienne sanktuarium. Były tam czarne, wyłożone polerowaną masą filary i wiele stoisk upodobnionych do ołtarzy z przytłumionym, ciepłym światłem, które sączyło się zza półek. Uderzała woń soczystych kiełbas, wędzonych szynek, mocny zapach ciągnął od kabanosowych kopców. Lecz wystarczyło dać dwa kroki, by nozdrza podrażniła woń ciast, olejków eterycznych, migdałów i wanilii.

W kaplicy czekoladowej spędzałem najwięcej czasu, z wzrokiem błądzącym po stosach trufli, batonów, baryłek opakowanych w srebrną folię. Ogarniała mnie atawistyczna zachłanność, wyobrażałem sobie, że oto posiadam te nieopisane bogactwa, nurzam się w cukierniczym odmęcie, rozgarniam ramionami masy nadziewanych czekoladek, wiosłuję przez ocean galaretek, kocich języczków, marcepanów. Blaga. Ponad najwymyślniejsze słodycze przedkładałem najczęściej rulon zwykłych dropsów.

Czas odwrócony, przenicowany jak stare ubranie, niemodne, wydobyte z dna antycznej szafy. W tej wiekowej, stoczonej przez korniki szafie, która stała w ciemnym przedpokoju w moim domu, znalazłem kiedyś białą kurtkę uszytą z płótna żaglowego. Był to prezent uczyniony przez zamorskich dobroczyńców, nadesłany w paczce i przechowywany na „za jakiś czas”. Ten czas nadszedł przed sezonem, gdy rozważałem możliwości zabłyśnięcia w tłumie letników. Kurtka pasowała, leżała wybornie, nadawała właścicielowi niedbałej elegancji, kreowała go na młodego losera – wytrawnego znawcę podłości życia, przedwcześnie dotkniętego samowiedzą.

Do kurtki koniecznie biała koszula non iron ze sztywnym kołnierzykiem. Następnie krawat w jaskrawe wzory. Czym jeszcze, spacerując po molu, można było oszołomić lipcowe dziewczyny? Tamtego lata wpinałem w krawat ukradziony matce klips, mieniący się fałszywym blaskiem sztucznych brylantów.

Po długich medytacjach przed lustrem toaletki ogłosiłem otwarcie sezonu. Miasto budziło się do życia, świeżo pomalowane ławki przywieziono już do parków, nadszedł list zwiastujący przyjazd wczasowiczów. Jeszcze cztery tygodnie i na dworzec, pod wiatę ze staroświeckim zegarem, wtoczy się buchająca żarem lokomotywa lata.

Stoję w labiryncie podwórek, sekretnych przejść i wzbudzam w sobie dawne dźwięki, które z trudem układają się w pierwsze frazy odległej muzyki zapomnianego dzieciństwa. Boję się posądzenia o śmieszność albo o skłonność do sentymentalnych wzruszeń. Przepalił mnie czas mijający zbyt szybko, za długo wałęsałem się po teatralnej rekwizytorni, pokryłem się kurzem, który zastygł w niezmywalną patynę. Moje poszukiwania przepełnione są lękiem; taki strach przed spojrzeniem w lustro odczuwa człowiek z okaleczoną twarzą. Wiem, że lustro będzie wykrzywione, światło odbije się w nim i wróci zniekształconym obrazem. A jednak powracam. I do tego miasta ze zrujnowaną teraźniejszością, i do dawnych wzruszeń pośród starych dekoracji.

Patrzyłem na nieznajome dzieci, które bawiły się na miejscach moich dawnych zabaw i pytałem siebie, czy podobnie jak ja kiedyś, spostrzegają świat zwielokrotniony, wypełniony bogactwem małych zdarzeń, przeładowany skumulowaną energią, która tkwiła w każdej sekundzie – tajemnicza, gotowa na skinienie eksplodować zapierającymi oddech wrażeniami.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Fiszera piętnaście
Następna strona: Czarny płaszcz Moniki

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl