Kowboj o północy

Sopocki dworzec kolejowy na początku XX wieku. Za zgodą Oficyny Pomorskiej w Gdańsku.

Marek wchodzi do zagraconej kuchni pachnącej olejem, w której stare kobiety krzątają się pomiędzy stoczonym przez korniki kredensem i niskim kaflowym piecem z czarną od sadzy, żeliwną blachą. Marek wchodzi do kuchni w pasiastej piżamie. Jest blady, ma sińce pod oczami, nic go nie obchodzi wygląd, nic go nie obchodzi, że w kuchni są też dzieci sąsiadów ze wspólnego mieszkania. Marek wczoraj znowu pił przez cały dzień wódkę – włóczył się po sopockich knajpach, bywał w podłych spelunach, nastawał na bogatszych, żeby postawili mu kufel piwa.

- Postaw piwo staremu pijakowi – ciągle słychać było żałosną skargę Marka. Czasem dostawał kufel, bywało jednak, że musiał cierpliwie poczekać, dopić resztkę piany z dna.

Marek idzie przez kuchnię, skrzypią drzwi do spiżarni, zagłębia się między półki, znajduje wielki słój, w którym stara kobieta – jego matka – hoduje grzyb octowy. Nalewa octu do szklanki, szkło trzęsie się w drżących palcach. Podnosi naczynie do spieczonych ust. Pije powoli, rozkoszując się każdym łykiem. Po ostatnim z szumem wydycha powietrze.

Siada na krześle, zapala papierosa, przez chwilę patrzy w okno, obserwuje skrawek nieba nad czerwonym dachem. Niebo jest zachmurzone, o szybę uderza deszcz.

- Chciałbym być kowbojem – mówi Marek. W dniu, gdy wypowiada te dramatycznie brzmiące słowa ma już ponad pięćdziesiąt lat. Nigdy nie skalał się pracą. Żyje, aby pić. Pije, żeby żyć. Jest alkoholikiem i chyba nie pamięta, że kiedykolwiek był trzeźwy.

- Chciałbym być kowbojem – powtarza, patrząc z pogardą na zgarbioną matkę. Kobieta zakłada czarny płaszcz.

- Żebyś tylko nigdzie nie wychodził – prosi z błaganiem w głosie. Jej wielkie, brązowe oczy psa czujnie wypatrują reakcji na wypowiedziane słowa. Uspokaja się, widząc, że Marek jest zbyt słaby, aby iść. Ona pójdzie za niego. Z kąta kuchni bierze blaszaną, dwulitrową kankę na mleko. Idzie do piwnego baru Alga. Poprosi o nalanie dwóch litrów piwa do kanki. Bez piany, chodzi bowiem o dwa litry samego płynu. Marek nie lubi pić z niepełnej kanki. Stara kobieta przyniesie kankę do domu, poda synowi wprost do łóżka. To zapewni spokój jego drżącym mięśniom. To zapewni spokój matce. Przynajmniej do późnego popołudnia, kiedy Marek znowu wstanie, żeby rozpocząć zwykłą podróż po barach i cuchnących kwaśno restauracjach.

Marek chce być kowbojem, ponieważ zeszłego lata zaangażował się na kilka tygodni do transportu krów w bydlęcych wagonach kolejowych. Z wzruszeniem wspomina, jak przez trzy tygodnie z bandą oberwańców pił wódkę i tanie wino w smrodzie krowich odchodów. Spodobało mu się takie życie konwojenta bydła. Za zapłatę miał butelkę, spał na słomie, od rana do rana bełkotał z kolegami, marzył o Dzikim Zachodzie, widział się w siodle, z lassem przy boku, w kapeluszu z wywiniętym rondem i chustką zapętloną pod szyją.

- Rzuciłbym ten szajs, żeby być kowbojem – ciągnie Marek. Ma na myśli Sopot, to wszawe miasteczko, gdzie już nawet pijany gość nie chce postawić piwa w najgorszej knajpie. Marek zmuszony jest prosić o drobne matkę albo jej siostrę, albo przechodniów na ulicy. Musi schodzić do piwnicy po fanty, które mógłby spieniężyć na wódczanym szlaku. Oferuje zardzewiałe kłódki, skoble, stare gwoździe.

Leży w łóżku, popija piwo z blaszanej kanki i czyta Salingera. W miejskiej wypożyczalni książek jest plik kart na jego nazwisko. Przeczytał setki, tysiące książek. Marek nie jest pospolitym pijakiem. Jest inteligentny i oczytany, choć nigdy nie zrobił żadnego użytku z książkowej wiedzy. Po pijanemu wypowiada się gładko i bez zająknięcia. Wódka nie działa mu na język, idzie w nogi. Kilka razy chuligani pobili Marka, kiedy zataczając się szedł stromizną ulicy Szopena.

Zasnął. Matka Marka na palcach przemyka pod drzwiami jego pokoju. Osiem tysięcy dwieście czterdziesty czwarty raz ma nadzieję, że tym razem Marek nie wstanie jak zwykle, nie ubierze się i nie pójdzie pić. Przeżyje osiem tysięcy dwieście czterdziesty czwarty zawód. Marek wstanie, obudzi go kac, założy świeżo wyprasowaną koszulę, czyste, wyprane spodnie, zaciśnie pod szyją węzeł krawata i zejdzie po skrzypiących, drewnianych schodach. Z ganku skręci w prawo, potem znowu w prawo. Dojdzie do ulicy Monte Cassino. Stanie u wylotu ulicy Bema, by w skupieniu rozważyć dylemat – iść w prawo – do Algi lub Turystycznego, czy w lewo – Pod Strzechę albo do Dworcowej? Tysiące już razy rozstrzygał ten ważki problem i zawsze decyzja okazywała się trafna. Wracał po północy – pijany, senny. Siedemdziesięcioletnia matka i starsza o pięć lat ciotka rozbierały go do naga, jak małego chłopca, z grubsza obmywały w miednicy, nie omijając nieczynnego od lat penisa, a potem, podtrzymując pod pachy, prowadziły do łóżka z czystą pościelą, zawsze porządnie wykrochmaloną – tak jak lubi.

Marek wchodzi do zagraconej kuchni pachnącej olejem, w której stare kobiety krzątają się pomiędzy stoczonym przez korniki kredensem i niskim kaflowym piecem z czarną od sadzy, żeliwną blachą. Marek wchodzi do kuchni w pasiastej piżamie. Jest blady, ma sińce pod oczami, nic go nie obchodzi wygląd, nic go nie obchodzi, że w kuchni są też dzieci sąsiadów ze wspólnego mieszkania.

- Chciałbym być kowbojem – mówi zaciągając się niebieskim dymem sporta.

Matka bierze z kąta blaszaną, dwulitrową kankę.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Szpitter i szklana noc
Następna strona: Ewa

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl