Śmierć po południu

Właśnie ja musiałem to zrobić. Kiedy już wiadomo było, że każdy następny dzień będzie dla niej tylko cierpieniem i gdy po tylu tygodniach zwlekania stało się jasne, że nie można dłużej czekać, padło na mnie. Nie padło. Inni uciekli, nagle rozeszli się do bardzo ważnych zajęć, raptem musieli udać się gdzieś w nie cierpiących zwłoki sprawach. Zostałem sam z nią i wyrokiem na nią.

Nie widziała mnie. Prawie niczego już nie widziała. Wychodząc na spacer uderzała głową w drzwi, trzeba było znosić ją po schodach, wycierać kałuże moczu w pokojach, jakoś wytrzymywać smród rozpadającego się ciała. Żyła jednak i choć wszyscy po trochu zmagali się z jej starością i choć nikt nie powiedział tego wprost, w niedopowiedzianych zdaniach, w spojrzeniach i gestach bezradnego rozkładania rąk czytałem jasny komunikat: „Idź i zabij ją”.

Mieszkałem w tamtych latach na ulicy Jana z Kolna, przy boisku do rugby. Często tam właśnie chodziliśmy na spacery, chodnikiem pod gęstym sklepieniem gałęzi starych lip, na zarośniętą trawą bieżnię. Wziąłem ją na ostatni spacer, a potem zacząłem działać szybko, w szalonym pośpiechu, z dziwną – pomimo zdenerwowania – precyzją.

Pod betonową podmurówką płotu wykopałem dół. Poszedłem po taksówkę, żeby nie iść z nią przez całe miasto i nie przedłużać krótkiego czasu, który jej pozostał. Zresztą nie doszłaby tak daleko – z Wyścigów na róg Fiszera i Pułaskiego, gdzie miał gabinet mój ulubiony doktor Pępkowski. To on leczył wszystkie moje zwierzęta – psy i koty. Zwłaszcza koty. Zdarzało się, że wyciągał je z grobu, wyrywał śmiertelnym chorobom. Chyba tylko doktor Pępkowski miał ten cudowny dar radzenia sobie z sytuacjami beznadziejnymi. Jego postać w białym kitlu, spokój w gestach, opanowanie przynosiły ulgę właścicielom przerażonych pacjentów. Z fachową troską pochylał się nad każdym przypadkiem, aplikował kuracje ze szwajcarskich zastrzyków. W wyłożonej drewnem poczekalni nie czuło się strachu i bólu, charakterystycznej woni zwierzęcego lęku, jak w państwowych lecznicach. Z dużej, oprawionej w ramy fotografii wiszącej na ścianie, patrzył ufnie pies z łbem owiązanym chustką, jak człowiek cierpiący ból zębów.

Zapach tego miejsca zaniepokoił ją. Podniosła głowę, starając się dostrzec moją twarz w gęstej mgle. Wziąłem ją na kolana czując, że nasze serca biją w tym samym rytmie rosnącego przerażenia. Wiedziałem, że ona wie po co tu przyszliśmy.

Ze ściśniętą krtanią powiedziałem doktorowi Pępkowskiemu o co chodzi. Chciałem żeby ją zabił.

Zrozumiał, potarł dłonią czoło.

- Mój Boże, tak mi zawsze trudno to robić – powiedział. - Czy pan mi pomoże? Chodzi o przytrzymanie...

- Doktorze, niech mnie pan z tego zwolni. Będę w poczekalni.

I wybiegłem zatrzaskując za sobą drzwi. A później, kiedy usłyszałem jej długi, gasnący skowyt, otworzyłem drzwi na klatkę schodową, zasłoniłem rękami uszy.

Cisza trwała kilka minut, w gabinecie szczęknęły narzędzia, wreszcie drzwi uchyliły się.

- Już – powiedział doktor. – Wie pan, to trwało tak długo, bo ona miała jeszcze bardzo mocne serce.

Leżała na środku gabinetu. Spod skurczonego ciała wypłynął żółty strumień.

Tak. Chciałem, żeby to zrobił szybko, natychmiast, bez powolnego usypiania, bez celebrowania długotrwałej agonii. I tak uczynił – sprawnie, fachowo, w parę chwil.

- Ma pan torbę?

- Tak.

- Dam gazety do zapakowania.

Śmierć zwielokrotniła ciężar jej ciała. Szedłem przez listopadową ciemność z rozpaczą wypatrując wolnej taksówki. Na próżno. Fiszera, Szopena, Sobieskiego, Władysława IV z torbą w której przelewał się bezwładny trup, doniosłem ją do dołu wykopanego w miękkiej ziemi. Wiedziałem, że na wiosnę będą w tym miejscu rosły bratki i tulipany.

Później oni wrócili. Później płakali. Wyszedłem na ulicę. Wieczór stracenia był stracony. I noc. Paliłem papierosa za papierosem siedząc na wilgotnych trybunach stadionu. Ktoś spacerował po bieżni z psem.

Nikt z moich bliskich nie leży na sopockim cmentarzu. Jest tylko to jedno miejsce, które kojarzy się ze śmiercią starego zwierzęcia. To był jedyny dramat ostateczny w tym mieście. Może dlatego, może właśnie dlatego pamiętam każdy szczegół tamtego popołudnia. Wyraz oczu starego doktora, kiedy wydałem wyrok, jej podniesioną głowę, łomot naszych serc, powoli milknący skowyt i wszystkie utopione w mroku ulice, którymi szedłem z torbą ciężką od śmierci.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Ewa
Następna strona: Błękit

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl