Szpitter i szklana noc

W mroźne zimy lat sześćdziesiątych zatoka zamarzała wzdłuż sopockiej plaży, ale to nie była żadna atrakcja. Było nią rozmarzanie morza, czas pękania lodu i pływającej kry. Na krach, w paczce zabijaków spędzałem godziny wagarów. Skacząc z kry na krę posuwaliśmy się powoli w stronę bocznej ostrogi mola, rywalizując w zawodach, w których okupioną ryzykiem utraty zdrowia lub życia palmę zwycięstwa otrzymywał ten, kto pierwszy dotarł do drewnianej trampoliny. Ten piętrowy pomost stał kiedyś blisko ostrogi. Dziewiczy, pokryty mewim guanem, daleko poza linią biało czerwonych boi, które latem wyznaczały strefę graniczną dla kajaków i wodnych rowerów.

Milicjanci urządzali na nas obławy, ścigali w sukach, które wjeżdżały na nadmorską alejkę. To także było stałą atrakcją lodowych eskapad. Moi ówcześni koledzy nienawidzili milicji. Spośród dorosłych tylko jeden człowiek tolerował nas bez zastrzeżeń – stary Szpitter, niepoprawny opój o łagodnym usposobieniu, pędzący żywot zasmucający lecz z pewnością wolny od trosk poważniejszych niż konieczność codziennego leczenia kociokwiku. Był to mężczyzna wysoki, chudy i siwy, z twarzą pobrużdżoną i mętnym wejrzeniem. Nosił wciąż tę samą szarą marynarkę i wielką teczkę. Jego popołudniowe powroty z pracy, kiedy płynnie halsując wyłaniał się nagle zza rogu ulicy Fiszera, ściągały natychmiast mrowie dzieciaków. Szpitter rzadko bywał trzeźwy, ale wówczas nie było z niego żadnego pożytku. Będąc jednak ciągle w stanie upojenia, okazywał nam swoją dobroć. Szpitter bowiem rozdawał pieniądze. Proszony nie odmawiał, przystawał pośród gromady dzieci i zanurzał rękę w przepastnej kieszeni marynarki, by nagle wyrzucić w górę garść monet. Uzbierana kwota wystarczała zazwyczaj na kilka porcji lodów lub paczkę gumy do żucia. Szpitter był więc pewny jak szwajcarski system bankowy, nie zdarzyło się nigdy, by kogoś z nas złajał albo poszedł ze skargą do rodziców. W zamian bywał nagradzany. W czasie słynnej na całą dzielnicę szklanej nocy Szpitter wyszedł bez szwanku.

Szklana noc wydarzyła się latem, kiedy kilku chłopców z bandy żywcem pochwycili właściciele dużego ogrodu, w trakcie szabrowania agrestu. Powiadomiono rodziców, doszło do rodzinnych procesów, zastosowano przymus bezpośredni, lanie pasami, nieszczęsnych obłożono też zakazem opuszczania mieszkań przez kilka dni. Szpitter mieszkał właśnie w tym samym domu, w którym osiedlili się władcy ogrodu – sprawcy barbarzyńskiego postępku.

Plan zemsty, srogiej akcji retorsyjnej, opracowany został natychmiast i wykonany bezbłędnie, z zimną precyzją. Nocą opanowaliśmy dach sąsiedniej kamienicy, stanowiący znakomite, świetnie zamaskowane stanowisko ogniowe. W ciągu minuty straszliwej kanonady wybiliśmy wszystkie szyby w oknach mieszkań wrogów. Ocalały jedynie okna Szpittera. Na dnie tego aktu przemocy znalazło się jednak ziarno rozsądku. Szyby wybijaliśmy, używając starych płyt gramofonowych, które działały celnie i niezawodnie, wszakże uderzając z olbrzymią prędkością w szklane tafle, rozbijały je i same się rozpadały, nie narażając ludzi. Po zakończonym dziele, leżąc za kominami i sycąc się smakiem zemsty, obserwowaliśmy bezładne gonitwy naszych wrogów wokół domu, przeszukiwanie piwnic, słowem jałową obławę, która płoszyła jedynie koty. Szklana noc na kilka godzin połączyła węzłem solidarności wszystkie bandy z okolicy.

Ukryli się na dnie pamięci i wciąż tam są, zalegają czujnie, gotowi skoczyć na gwizd. Rysiek. Chudy, wysoki, dobrze umięśniony. Chwała mu za walkę wręcz stoczoną z milicjantem. Oporny na wiedzę, otwarty na jawne grandzenie w mieście. Jego wielkie pięści nie raz uchroniły mnie przed masakrą. Był odporny na ból, zapamiętały w bitwach. Na jego ascetycznej twarzy rzadko pojawiał się uśmiech. Rozstaliśmy się w szóstej klasie. Rysiek trafił do domu poprawczego i chyba nigdy nie skończył powszechniaka. Marek. Marków było dwóch. Ten niski i krępy miał nos zniekształcony po uderzeniu cegłą. Różowa blizna nakrapiana wzdłuż punktami po szwach nigdy nie przyjmowała ultrafioletu. To jedno miejsce na jego mocnym ciele świadczyło o tym, że był niepokonany. Dwa lata treningów bokserskich zjednały Markowi grono wielbicieli, choć trafiali się ryzykanci gotowi zmierzyć się z mitem. Widziałem ich zakrwawionych, rozmazanych na ścianach, usmarkanych i pokornych. Marek nie wytrwał z nami w jednej klasie. Była to klasa niemożliwa do utrzymania w ryzach i dlatego została rozwiązana, rozparcelowana po różnych szkołach. Dla pedagogiki nasza klasa była symbolem dotkliwej klęski.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Jesień
Następna strona: Kowboj o północy

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl