Z innej bajki

Karta pocztowa z początku XX wieku. Za zgodą Oficyny Pomorskiej w Gdańsku.

Daleko od serca miasta, gdzieś na granicy zabudowy i trawiastych pól oddzielających Sopot od betonowej przyszłości Przymorza, w okolicy, nad którą górowała bryła starej gazowni – tam właśnie mieszkał Koń. Kim był człowiek zwany Koniem? Nie pamiętam, nie wiem jaka była prawda, lecz czuję wciąż powiew famy, atmosferę nabożnej czci, jaka otaczała tę wysoką, muskularną postać o skórze zdobionej licznymi tatuażami. Koń, mówiono, był w Sopocie najsilniejszy, a być najsilniejszym znaczyło królować, chodzić w nimbie chwały.

   Na jelitkowskiej dzikiej plaży w skwarne południe Koń wygrzewał się na kraciastym kocu pomiędzy długonogimi dziewczynami w modnych bikini. Koń leniwie przewracał się z pleców na brzuch, ostentacyjnie gładził smukłe uda swych adoratorek. Wreszcie rozgrzany, podniecony, podbechtany komplementami wstawał powoli, kucał i wyciągał na boki umięśnione ramiona.. Jedna z dziewczyn dosiadała lewej, druga prawej ręki, trzecia wieszała się na żylastej szyi, ostatnia dosiadała Konia na oklep. Wśród pisków i śmiechu Koń unosił się majestatycznie i krok za krokiem, przedłużając chwile swego triumfu wchodził do morza oblepiony damskimi ciałami. Na granicy mielizny i głębszej wody otrząsał się, po jednym upuszczał słodkie ciężary. Scena ginęła w bryzgach wody i krzykach, a Koń nurkował, by po trwającej wieczność minucie wynurzyć się daleko, prawie na granicy widoczności. Jeszcze chwila i zagarniając pod siebie wodę rzucał się w stronę brzegu heroicznym „delfinem”.

   Czas odległy, kadry w odwróconej lunecie. Rzadko opuszczałem miasto na sezon. Nawet gdy był deszczowy, zasnuty mgłą i chłodny, w mieście zawsze coś się działo. Było niezmiennie atrakcyjne, stałe w odwzajemnianiu uczuć. Lato przesuwało się leniwie, sączyło dzień za dniem kroplami upału lub słoty.

   O każdej porze roku, lecz chyba najczęściej wiosną i jesienią, przed południem toczył się stromizną ulicy Szopena i narastał w podwórkach, grzmiał wprawiając powietrze w wibracje mocny, donośny głos, trzy wyrazy zlane w jeden krzyk jękliwy i przeciągły...

   - Paaaaaarasolllleeeeeeeedoreperaaaaacjeeeee!

   Nadciągał niski, krępy, energiczny i ruchliwy jak rtęć pan Czesław – Parasolnik, ubrany w elegancki garnitur, otoczony gromadką przedrzeźniającej go dzieciarni, opędzający się od niej, obwieszony kolorowymi parasolkami, podpierający się leciwym, czarnym deszczochronem. Przystawał co chwilę, uchylał melonika znajomym przechodniom, niekiedy wdawał się w krótką, pełną aktorskiej gestykulacji wymianę zdań i ruszał w dół ulicy, ciągnąc za sobą krzyk – znak firmowy.

   Minęło wiele lat zanim Parasolnik porzucił swój zawód i przebrany w strój Wikinga, w kolorowej spódniczce, w hełmie z wielkimi, odstającymi rogami zaczął pozować do zdjęć na deptaku. Krążyły o nim legendy, mówiono, że posiadł niezwykłą umiejętność połykania żyletek, noży i innych sztućców, że z tego powodu przeszedł wiele skomplikowanych zabiegów chirurgicznych. Mieszkał bodaj na końcu ulicy Grunwaldzkiej, w jednym ze starych domów rybackich, w okolicy słynącej z wódczanych barów o niezapomnianej atmosferze. Pamiętam kilka nazw: „Costarica”, „Tempo”, „Ludowa”. Sanktuaria alkoholowej transcendencji, niebieskie od tytoniowego dymu oszołomienie po pierwszej setce z porterowym dopalaczem.

   W kawiarniach w lepszej części miasta, w „Złotym Ulu” albo w „Teatralnej”, w „Spatifie”, gdzie nie wpuszczano byle kogo – przesiadywał tajemniczy George Canada, duży, choć delikatny mężczyzna, trochę nierealny, raczej małomówny. Playboy z krainy snów, z herbowym sygnetem z ciężkiego złota. Wiedza o nim była wówczas dla mnie niedostępna, wydawał się bogatym elegantem o ekstrawaganckim guście. Apaszka, aksamitna kamizelka, spodnie w kant. Dużo kolorów i jakiś dziwny smutek w wyniosłym uśmiechu. Obywatel osobny pośród gwaru kawiarnianych rozmów, w tłumie letników szlifujących deptak od rana do późnej nocy. Jakże różnił się od hałaśliwej bezceremonialności Petera Konfederata, od jego rubasznej postaci, z czasem przeobrażonej w opilcze złachmanienie. Ale Peter... Cóż, Peter to zupełnie inna bajka.

M.P.

Dodaj komentarz

Tytuł:
Imię(*):
Mail:
Poinformuj o odpowiedzi:
Komentarz(*):
 
Uwaga: Twoj komentarz zostanie dodany i będzie oczekiwał na zatwierdzenie.
 
 

Poprzednia strona: Hanka
Następna strona: Pod sztandarem Południa

© Copyright 2004-2017 - CMS Made Simple
This site is powered by CMS Made Simple Design by: cmsmstemplates.pl